Kiedys to napisalem do szuflady, ale po co ma lezec i sie kurzyc.
Zbiorka byla o 7 rano, przed biurem centrum spadochroniarstwa, 5min piechota od Sydney Central. Z pewna taka niesmialoscia wdrapalem sie do mikrobusu z napisem “Sydney skydivers. No speed limits”. Wspolpasazerowie niedoli I moji jednorazowi-przyjaciele ze Szwajcarii, Szwecji, Szkocji, I innych tam szmocji, europejskich landow, typowi Sydnejscy backpackersi, siedzieli juz wygodnie w oczekiwaniu na ich pierwszy raz. Zaraz po usadowieniu sie I powiedzeniu “dzien dobry”, uslyszalem lekko polamanym tonem “Have you done it before?”. Tym razem nie bylo gadki-szmatki I innych tzw “icebrakers”, ale prosto do sedna. “I’m bloody scared mate!” wycedzil facio kolo mnie. Po 5 min wymiany naszych obaw I statystycznych rozwazaniach o smierci, wszyscy pograzyli sie w poldrzemce I snie pt “Jak byloby milo gdybym dzis akurat zaspal”. Ja, w oczekiwaniu na dojazd do lotniska w Picton, oddalem sie lekturze magazynu przerywana nerwowymi spojrzeniami za okno autobusu.
Sydneyskydivers reklamuja sie jako najwieksze w Australii centrum spadochroniarskie, wlasne lotnisko, wlasne centrum szkoleniowe, wlasna toaleta… I tak dalej. W rzeczywistosci nie wygladalo to az tak imponujaco, kilka blaszanych barakow, kibel, magazyn I kilka luznych budek. No I oczywiscie pas startowy z zaparkowanym jakims wynalazkiem ze skrzydlami przypominajacym samolot. Ale nie badzmy drobiazgowi. W koncu nie przyjechalem tu spedzic 2 tyg w Spa-de-lux ale wyskoczyc z samolotu. Luksus byl zbedny.
Moj tandem-master mial ok 60 lat, siwe wlosy I 16.000 skokow w swoim jump-logu. Przy calym tym dorobku wydawal sie byc dziwnie spokojny I opanowany. Nie palil nerwowo skreta I nie snul metafizycznych wywodow o zyciu po zyciu. Wrecz przeciwnie, na moje pytanie czy na pewno nie zapomnial zapasu, odparl “Moze nie jestem zbyt madry, ale nie na tyle glupi by latac z jednym spadochronem”. To mnie zdecydowanie uspokoilo. Przestalem sie tak bardzo pocic I zaczalem sie sztucznie usmiechac, zeby wywolac u siebie uczucie rozluznienia. Nie pomoglo.
Uwielbiam sporty ekstremalne, jednak preferuje te w ktroych mam jakakolwiek kontrole nad tym co sie dzieje. Tandem jump do tych sie niestety nie klasyfikuje. W zwiazku z tym zadalem panu Ianowi 101 pytan na temat mojego bezpieczenstwa. “Spoko, jest luz, bedziesz przypiety do mnie w czterech miejscach”, “Tak, przeciez ci juz mowilem ze wzialem zapas”, “Nie, jeszcze nigdy nie zdazylo mi sie zeby zapas mi sie nie otworzyl”, “Statystycznie z zapasu trzeba korzystac raz na 2000 skokow”, “Majic, zamknij sie bo musze sprawdzic sprzet”. Nonszalancja z jaka Pan Ian zakladal swoj spadochron przypominala mi bardziej sposob w jaki nastolatek narzuca w biegu plecak lecac spozniony do szkoly, anizeli musztre I rutyny bezpieczenstwa starego wygi przed skokiem z wysokosci 4km. Nic to. Facet ma swoj styl – pomyslalem.
Lekkie rozluznienie nastapilo dopiero po przedluzonych odwiedzinach w toalecie. Na wewnetrznej stronie drzwi kabiny wisza tam zdjecia I wizualizacje ze skokow. Pomogly lepiej niz Figura2. Teraz nareszcie bylem gotowy do skoku, wybieglem I ryknalem z wszystkich sil: “Yeah man! Let’s fucking DO IT!!!”
Samolot byl malusienki. W moim zrzucie humanitarnym lecialy 3 tandemy I dwoch panow fotooperatorow. W przeciwienstwie do Iana, panowie fotoreporterzy wygladali na ostrych poszukiwaczy przygod. Brody, kolorowe czapki I odzywki typu “Yeah, it’s bloody wicked!, dude!”. My z Ianem bylismy ostatni do skoku. Ian przypial mnie do swojej uprzerzy dwoma karabinkami I powiedzial ze ostatnie dwa zapnie przed samym skokiem. Teraz mialem tylko siedziec I sie relaksowac. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie bylem tak bardzo zdenerwowany. Przed ostatnim interview mialem zdecydowanie wiekszego stresa. Od wejscia do samolotu bylem dziwnie spokojny, tak jakby wszystko co mialo lub moglo sie stac bylo juz z gory przesadzone I zaplanowane. Probowalem medytowac. Raczej bezskutecznie. Gdy otworzylem oczy, wysokosciomierz kolesia kolo mnie pokazywal 11000 stop. Jeszcze tylko dwa tysiace I otworza sie drzwi. Musze powiedziec ze patrzac wstecz, lot samolotem, nie byl az tak ekscytujacy jak sam skok, ale zdecydowanie swietnie budowal klimat. Kolesie przygotowali sprzet fotograficzny I dopalali jointy.
Ryk silnika nie pozwalal uslyszec wlasnych mysli. 12500. …Halas silnika nie ustaje. Ian przypial dwa ostatnie zabezpieczenia do moich ramion, podciagnal moje szelki I dal mi gogle.13000 stop. (4000m), zaledwie I az tyle co 4 falowce postawione na sobie na sztorc. (Jako patriota Gdanszczanin zawsze przyrownuje miare km do dlugosci falowcow na Pomorskiej). Ok. To juz. Otworzyli drzwi. Cholerny halas powietrza, jeszcze gorszy niz silnik. Do tego straszny wiatr. Pierwszy kamerzysta wstal, przesunal sie do krawedzi bocznego luku, usmiechnal sie, pomachal, powiedzial “See, ya” I tyle go widzialem. Potem nastepny pan z aparatem na glowie dal krok w proznie. Dalej pierwszy tandem. Poszli. Za nimi drugi tandem,.. poszli… teraz my!
Musze powiedziec ze zdecydowanie najlepszym przezyciem w calym pakiecie pod tytulem skok ze spadochronem, byl dla mnie sam moment oderwania sie od podlogi I pograzenia sie w tej magnetycznej prozni za drzwiami. Nie balem sie. Wiedzialem co mam robic. Nogi prosto. Odegnij sie do tylu. Powoli zsun sie po krawedzi. Ian zrobil reszte. A moze ja go pociagnalem. W sumie nie ma to znaczenia. Jezeli kiedykolwiek zdaza ci sie snic o tym jak spadasz, to wlasnie tak wyglada pierwsze 2 sekundy lotu. Co ja mowie. Jakie dwie sekundy. Pierwsza jedna dziesiata sekundy. Ulamek sekundy. Moment. Ten moment w ktorym zdalem sobie sprawe ze spadam zaledwie skrawek sekundy dluzej niz wynosi moj zyciowy rekord skoku z plotu. W tej chwili, gdzies w dolnej czesci brzucha czujesz przyspieszenie od 0km/h do 200km/h. Moment w ktorym czujesz ze to juz nie skok z plotu. Jeszcze nie szybujesz z rozpostartymi nogami I rekoma, ale juz nie siedzisz w samolocie. Stan pomiedzy szybowaniem, a dotykaniem podlogi. Stan ktorego nie mozna odwrocic. Cos co trwa najkrocej w zyciu. Decyzja I jej natychmiastowa konsekwencja. Decyzja bez powrotu. Przeznaczenie I cala metafizyka z tym zwiazana. To bylo cos. To byl najlepszy moment. Chwila w ktorej najlepsze co mozesz z siebie wykrztusic to: “KURWA MAAAAAAAAA”. Jezeli zaluje ze czegokolwiek nie mam na wideo, to jest wlasnie ten moment. Ale w sumie… mam go w glowie.
Na “AACC!!!!!” Ian ustabilizowal nasz lot, wypuscil lotke, zeby utrzymywala nas w pozycji w dol. I jak dwa przypiete do siebie Xy szybowalismy z predkowscia 200km w kierunku planety Ziemia. A moze to ona zmierzala na nas z taka predkoscia. Jednak wole to pierwsze tlumaczenie. Jest w tym wiecej kontroli nad sytuacja. Tak. To my lecielismy w kierunku ziemii, nie na odwrot.
Hmm. 60 sekund wolnego spadania to troche za krotko zeby uciac sobie drzemke, ale wystarczajaco dlugo, zeby skumac o co chodzi I nabrac odpowiednij perspektywy na pewne rzeczy. Odnosnie efektow dzwiekowych przy wolnym spadaniu. Porownalbym je do szeptu jaki slyszysz gdy na autostradzie przy predkosci 170km otwierasz okno I wsluchujesz sie w dzwieki wyprzedzanego wlasnie tira. Przeokropny halas darcia sie powietrza. Ciekawe jest to ze nie ma uczucia spadania, takie jak bylo zaraz po wyskoczeniu z samolotu. Jest jakby takie wiszenie, opieranie sie o nacierajace powietrze. Freefall jest doskonalym lekarstwem na katar. Przy tej predkosci twarza w dol, jeden glebszy wdech nosem pozbawi cie kazdego kataru. Jest to terapia szokowa, ale dziala przednio. Po przedkaniu nosa zaczalem sie rozgladac. Widok byl niezly. Widac ocean, z oddala budynki city, nitki autostrady I malusienkie samochodziki. Zawsze mnie to zastanawia jak lece samolotem. Wszystkie te rzeczy ktorymi ludzie sie otaczaja dla nabrania prestizu spolecznego, drogie samochody, wielkie wille, z perspektywy czterech falowcow wygladaja niesamowicie banalnie I nieznaczaco, tak samo co tanie samochody I tekturowe domy. Ale do rzeczy. Gdzies na wysokosci drugiego falowca, zaczela stukac do mojej glowy panika. Ziemia byla juz na prawde blisko a my caly czas lecielismy z predkoscia bomby na hiroshime (przynajmniej tak podpowiada mi moja skromna znajomosc fizyki). Niemal widac bylo juz ludzi przeciagajacych sie w swych krzeslach ogrodowych I pokazujacych sobie na nas palcami. Moja panika zpotegowala sie w chwili gdy w jakis dziwny sposob ubzduralem sobie ze, wolny spadek mial niby potrwac 5 min. Jezu, mysle sobie, jakie 5 min?, lecimy dopiero gdzies z minute a ja juz widze chwasty przy autostradzie. “Ian. Zaraz sie kurwa rozbijemy!!!” pomyslalem.
W tym samym momencie poczulem jak otwierany spadochron silnie szarpnal nas w gore. Czasza rozwinela sie planowo. Tym razem nie musielismy uciekac sie do zapasu. Mialem szczescie. Niby mowia ze z zapasu korzysta sie raz na 20.000 skokow, ale jak sie potem okazalo, tandem ktory skakal zaraz po nas, w nastepnym zrzucie, musial korzystac ze spadochronu zapasowego. Jakby nie patrzec, statystycznie, nasz skok byl 19.999. Aga opowiadala, ze jak skakala jeszcze w Polsce to zapytala sie instruktora, co sie stanie jak obydwa spadochrony zawioda. Ten bez zastanowienia odpowiedzial: “Z takim pechem I tak nie warto zyc!”. Cos w tym musi byc!
Ja poki co zylem. Przypiety do 4 linek podwieszonych pod nylonowy worek, probujacy za wszelka sile przeciwstawic sie prawom grawitacji. Wlasciwie to dopiero w tym momencie zaczalem sie bac. Powiem inaczej, dopiero w tym momencie zaczalem myslec racjonalnie. A co bedzie jak zerwa sie linki, a co bedzie jak to I siamto. Lecielismy zadziwiajaco szybko. Zawsze myslalem ze spadochrony leca sobie powolutku, takie tam hustanie sie w powietrzu 5km/h. Tymczasem grawitacja przyciagala nas bardzo szybko. Male pudeleczka w blyskawicznym tempie zaczely wygladac jak luksusowe i warte posiadania fury, a miniaturowe punkciki zaczely przypominac ludzi. Zobaczylem miejsce w ktorym mielismy wyladowac. Wielka polac krociotko przycietej trawy ze strzalkami pokazujacymi gdzie nalezy ladowac. Do dotkniecia ziemii pozostaly sekundy. Ian zrobil kilka obrotow wokol osi, zeby naprowadzic nas na cel. Ja podwinalem nogi do gory zeby dac mu swobodna mozliwosc wyladowania. I tyle. Wyladowalismy. Po warszawsku co prawda, ale bezpiecznie. Uff. “To juz?!”. Wszystko trwalo gora 4 minuty. Od wyskoczenia z samolotu, do ustabilizowania lotu, przez wolne spadanie, otworzenie spadochronu, szybowanie I ladowanie. Krotkie 4 minuty.
Po skoku zalowalem troche ze chcialem uwiecznic tego skoku na dvd. Troche poskapilem kasy, bo dvd kosztowalo prawie polowe skoku, ale przynajmniej postanowilem sobie ze uwiecznie swoje przezycia w tym krotkim sprawozdaniu. Na wszelki wypadek. Zeby czasem nie zapomniec. Co do wideo, to mam przynajmniej motywacje zeby skakac jeszcze raz : )
Filed under: (in Polish), private, travel
powiem tylko tyle ja bym sie p….ł
fajnie tam masz
pozdro z Polski
Mniej więcej tak to sobie wyobrażam, dzięki za ten opis. Trafiłem tu przypadkiem, pozdrawiam z Irlandii, gdzie już wkrótce będę skakał w tandemie.