life in beta

Icon

Blog of Maciek Saganowski. Stuff on web, UX, economy, product and future.

Moj Pierwszy Skydive.

Kiedys to napisalem do szuflady, ale po co ma lezec i sie kurzyc.

Zbiorka byla o 7 rano, przed biurem centrum spadochroniarstwa, 5min piechota od Sydney Central. Z pewna taka niesmialoscia wdrapalem sie do mikrobusu z napisem “Sydney skydivers. No speed limits”. Wspolpasazerowie niedoli I moji jednorazowi-przyjaciele ze Szwajcarii, Szwecji, Szkocji, I innych tam szmocji, europejskich landow, typowi Sydnejscy backpackersi, siedzieli juz wygodnie w oczekiwaniu na ich pierwszy raz. Zaraz po usadowieniu sie I powiedzeniu “dzien dobry”, uslyszalem lekko polamanym tonem “Have you done it before?”. Tym razem nie bylo gadki-szmatki I innych tzw “icebrakers”, ale prosto do sedna. “I’m bloody scared mate!” wycedzil facio kolo mnie. Po 5 min wymiany naszych obaw I statystycznych rozwazaniach o smierci, wszyscy pograzyli sie w poldrzemce I snie pt “Jak byloby milo gdybym dzis akurat zaspal”. Ja, w oczekiwaniu na dojazd do lotniska w Picton, oddalem sie lekturze magazynu przerywana nerwowymi spojrzeniami za okno autobusu.

Sydneyskydivers reklamuja sie jako najwieksze w Australii centrum spadochroniarskie, wlasne lotnisko, wlasne centrum szkoleniowe, wlasna toaleta… I tak dalej. W rzeczywistosci nie wygladalo to az tak imponujaco, kilka blaszanych barakow, kibel, magazyn I kilka luznych budek. No I oczywiscie pas startowy z zaparkowanym jakims wynalazkiem ze skrzydlami przypominajacym samolot. Ale nie badzmy drobiazgowi. W koncu nie przyjechalem tu spedzic 2 tyg w Spa-de-lux ale wyskoczyc z samolotu. Luksus byl zbedny.

Moj tandem-master mial ok 60 lat, siwe wlosy I 16.000 skokow w swoim jump-logu. Przy calym tym dorobku wydawal sie byc dziwnie spokojny I opanowany. Nie palil nerwowo skreta I nie snul metafizycznych wywodow o zyciu po zyciu. Wrecz przeciwnie, na moje pytanie czy na pewno nie zapomnial zapasu, odparl “Moze nie jestem zbyt madry, ale nie na tyle glupi by latac z jednym spadochronem”. To mnie zdecydowanie uspokoilo. Przestalem sie tak bardzo pocic I zaczalem sie sztucznie usmiechac, zeby wywolac u siebie uczucie rozluznienia. Nie pomoglo.

Uwielbiam sporty ekstremalne, jednak preferuje te w ktroych mam jakakolwiek kontrole nad tym co sie dzieje. Tandem jump do tych sie niestety nie klasyfikuje. W zwiazku z tym zadalem panu Ianowi 101 pytan na temat mojego bezpieczenstwa. “Spoko, jest luz, bedziesz przypiety do mnie w czterech miejscach”, “Tak, przeciez ci juz mowilem ze wzialem zapas”, “Nie, jeszcze nigdy nie zdazylo mi sie zeby zapas mi sie nie otworzyl”, “Statystycznie z zapasu trzeba korzystac raz na 2000 skokow”, “Majic, zamknij sie bo musze sprawdzic sprzet”. Nonszalancja z jaka Pan Ian zakladal swoj spadochron przypominala mi bardziej sposob w jaki nastolatek narzuca w biegu plecak lecac spozniony do szkoly, anizeli musztre I rutyny bezpieczenstwa starego wygi przed skokiem z wysokosci 4km. Nic to. Facet ma swoj styl – pomyslalem.

Lekkie rozluznienie nastapilo dopiero po przedluzonych odwiedzinach w toalecie. Na wewnetrznej stronie drzwi kabiny wisza tam zdjecia I wizualizacje ze skokow. Pomogly lepiej niz Figura2. Teraz nareszcie bylem gotowy do skoku, wybieglem I ryknalem z wszystkich sil: “Yeah man! Let’s fucking DO IT!!!”

Samolot byl malusienki. W moim zrzucie humanitarnym lecialy 3 tandemy I dwoch panow fotooperatorow. W przeciwienstwie do Iana, panowie fotoreporterzy wygladali na ostrych poszukiwaczy przygod. Brody, kolorowe czapki I odzywki typu “Yeah, it’s bloody wicked!, dude!”. My z Ianem bylismy ostatni do skoku. Ian przypial mnie do swojej uprzerzy dwoma karabinkami I powiedzial ze ostatnie dwa zapnie przed samym skokiem. Teraz mialem tylko siedziec I sie relaksowac. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nie bylem tak bardzo zdenerwowany. Przed ostatnim interview mialem zdecydowanie wiekszego stresa. Od wejscia do samolotu bylem dziwnie spokojny, tak jakby wszystko co mialo lub moglo sie stac bylo juz z gory przesadzone I zaplanowane. Probowalem medytowac. Raczej bezskutecznie. Gdy otworzylem oczy, wysokosciomierz kolesia kolo mnie pokazywal 11000 stop. Jeszcze tylko dwa tysiace I otworza sie drzwi. Musze powiedziec ze patrzac wstecz, lot samolotem, nie byl az tak ekscytujacy jak sam skok, ale zdecydowanie swietnie budowal klimat. Kolesie przygotowali sprzet fotograficzny I dopalali jointy.

Ryk silnika nie pozwalal uslyszec wlasnych mysli. 12500. …Halas silnika nie ustaje. Ian przypial dwa ostatnie zabezpieczenia do moich ramion, podciagnal moje szelki I dal mi gogle.13000 stop. (4000m), zaledwie I az tyle co 4 falowce postawione na sobie na sztorc. (Jako patriota Gdanszczanin zawsze przyrownuje miare km do dlugosci falowcow na Pomorskiej). Ok. To juz. Otworzyli drzwi. Cholerny halas powietrza, jeszcze gorszy niz silnik. Do tego straszny wiatr. Pierwszy kamerzysta wstal, przesunal sie do krawedzi bocznego luku, usmiechnal sie, pomachal, powiedzial “See, ya” I tyle go widzialem. Potem nastepny pan z aparatem na glowie dal krok w proznie. Dalej pierwszy tandem. Poszli. Za nimi drugi tandem,.. poszli… teraz my!

Musze powiedziec ze zdecydowanie najlepszym przezyciem w calym pakiecie pod tytulem skok ze spadochronem, byl dla mnie sam moment oderwania sie od podlogi I pograzenia sie w tej magnetycznej prozni za drzwiami. Nie balem sie. Wiedzialem co mam robic. Nogi prosto. Odegnij sie do tylu. Powoli zsun sie po krawedzi. Ian zrobil reszte. A moze ja go pociagnalem. W sumie nie ma to znaczenia. Jezeli kiedykolwiek zdaza ci sie snic o tym jak spadasz, to wlasnie tak wyglada pierwsze 2 sekundy lotu. Co ja mowie. Jakie dwie sekundy. Pierwsza jedna dziesiata sekundy. Ulamek sekundy. Moment. Ten moment w ktorym zdalem sobie sprawe ze spadam zaledwie skrawek sekundy dluzej niz wynosi moj zyciowy rekord skoku z plotu. W tej chwili, gdzies w dolnej czesci brzucha czujesz przyspieszenie od 0km/h do 200km/h. Moment w ktorym czujesz ze to juz nie skok z plotu. Jeszcze nie szybujesz z rozpostartymi nogami I rekoma, ale juz nie siedzisz w samolocie. Stan pomiedzy szybowaniem, a dotykaniem podlogi. Stan ktorego nie mozna odwrocic. Cos co trwa najkrocej w zyciu. Decyzja I jej natychmiastowa konsekwencja. Decyzja bez powrotu. Przeznaczenie I cala metafizyka z tym zwiazana. To bylo cos. To byl najlepszy moment. Chwila w ktorej najlepsze co mozesz z siebie wykrztusic to: “KURWA MAAAAAAAAA”. Jezeli zaluje ze czegokolwiek nie mam na wideo, to jest wlasnie ten moment. Ale w sumie… mam go w glowie.

Na “AACC!!!!!” Ian ustabilizowal nasz lot, wypuscil lotke, zeby utrzymywala nas w pozycji w dol. I jak dwa przypiete do siebie Xy szybowalismy z predkowscia 200km w kierunku planety Ziemia. A moze to ona zmierzala na nas z taka predkoscia. Jednak wole to pierwsze tlumaczenie. Jest w tym wiecej kontroli nad sytuacja. Tak. To my lecielismy w kierunku ziemii, nie na odwrot.
Hmm. 60 sekund wolnego spadania to troche za krotko zeby uciac sobie drzemke, ale wystarczajaco dlugo, zeby skumac o co chodzi I nabrac odpowiednij perspektywy na pewne rzeczy. Odnosnie efektow dzwiekowych przy wolnym spadaniu. Porownalbym je do szeptu jaki slyszysz gdy na autostradzie przy predkosci 170km otwierasz okno I wsluchujesz sie w dzwieki wyprzedzanego wlasnie tira. Przeokropny halas darcia sie powietrza. Ciekawe jest to ze nie ma uczucia spadania, takie jak bylo zaraz po wyskoczeniu z samolotu. Jest jakby takie wiszenie, opieranie sie o nacierajace powietrze. Freefall jest doskonalym lekarstwem na katar. Przy tej predkosci twarza w dol, jeden glebszy wdech nosem pozbawi cie kazdego kataru. Jest to terapia szokowa, ale dziala przednio. Po przedkaniu nosa zaczalem sie rozgladac. Widok byl niezly. Widac ocean, z oddala budynki city, nitki autostrady I malusienkie samochodziki. Zawsze mnie to zastanawia jak lece samolotem. Wszystkie te rzeczy ktorymi ludzie sie otaczaja dla nabrania prestizu spolecznego, drogie samochody, wielkie wille, z perspektywy czterech falowcow wygladaja niesamowicie banalnie I nieznaczaco, tak samo co tanie samochody I tekturowe domy. Ale do rzeczy. Gdzies na wysokosci drugiego falowca, zaczela stukac do mojej glowy panika. Ziemia byla juz na prawde blisko a my caly czas lecielismy z predkoscia bomby na hiroshime (przynajmniej tak podpowiada mi moja skromna znajomosc fizyki). Niemal widac bylo juz ludzi przeciagajacych sie w swych krzeslach ogrodowych I pokazujacych sobie na nas palcami. Moja panika zpotegowala sie w chwili gdy w jakis dziwny sposob ubzduralem sobie ze, wolny spadek mial niby potrwac 5 min. Jezu, mysle sobie, jakie 5 min?, lecimy dopiero gdzies z minute a ja juz widze chwasty przy autostradzie. “Ian. Zaraz sie kurwa rozbijemy!!!” pomyslalem.

W tym samym momencie poczulem jak otwierany spadochron silnie szarpnal nas w gore. Czasza rozwinela sie planowo. Tym razem nie musielismy uciekac sie do zapasu. Mialem szczescie. Niby mowia ze z zapasu korzysta sie raz na 20.000 skokow, ale jak sie potem okazalo, tandem ktory skakal zaraz po nas, w nastepnym zrzucie, musial korzystac ze spadochronu zapasowego. Jakby nie patrzec, statystycznie, nasz skok byl 19.999. Aga opowiadala, ze jak skakala jeszcze w Polsce to zapytala sie instruktora, co sie stanie jak obydwa spadochrony zawioda. Ten bez zastanowienia odpowiedzial: “Z takim pechem I tak nie warto zyc!”. Cos w tym musi byc!

Ja poki co zylem. Przypiety do 4 linek podwieszonych pod nylonowy worek, probujacy za wszelka sile przeciwstawic sie prawom grawitacji. Wlasciwie to dopiero w tym momencie zaczalem sie bac. Powiem inaczej, dopiero w tym momencie zaczalem myslec racjonalnie. A co bedzie jak zerwa sie linki, a co bedzie jak to I siamto. Lecielismy zadziwiajaco szybko. Zawsze myslalem ze spadochrony leca sobie powolutku, takie tam hustanie sie w powietrzu 5km/h. Tymczasem grawitacja przyciagala nas bardzo szybko. Male pudeleczka w blyskawicznym tempie zaczely wygladac jak luksusowe i warte posiadania fury, a miniaturowe punkciki zaczely przypominac ludzi. Zobaczylem miejsce w ktorym mielismy wyladowac. Wielka polac krociotko przycietej trawy ze strzalkami pokazujacymi gdzie nalezy ladowac. Do dotkniecia ziemii pozostaly sekundy. Ian zrobil kilka obrotow wokol osi, zeby naprowadzic nas na cel. Ja podwinalem nogi do gory zeby dac mu swobodna mozliwosc wyladowania. I tyle. Wyladowalismy. Po warszawsku co prawda, ale bezpiecznie. Uff. “To juz?!”. Wszystko trwalo gora 4 minuty. Od wyskoczenia z samolotu, do ustabilizowania lotu, przez wolne spadanie, otworzenie spadochronu, szybowanie I ladowanie. Krotkie 4 minuty.

Po skoku zalowalem troche ze chcialem uwiecznic tego skoku na dvd. Troche poskapilem kasy, bo dvd kosztowalo prawie polowe skoku, ale przynajmniej postanowilem sobie ze uwiecznie swoje przezycia w tym krotkim sprawozdaniu. Na wszelki wypadek. Zeby czasem nie zapomniec. Co do wideo, to mam przynajmniej motywacje zeby skakac jeszcze raz : )

Filed under: (in Polish), private, travel

What condoms and bacon have in common?

I remember first time in my life I went to get a pack of Durex. For a young love apprentice like me at a time, it was an embarrassing moment. I went into a chemist in Gdańsk, made sure there was no other customers in store, had cash in my pocket and was determined to get it. Guess what? I bounced empty handed. You might think: didn’t have enough money, the store was closed, they run out, he shied away, and any other reason, which could render economic transaction impossible to occur. The reason I didn’t get my durex was the lady said to me in no uncertain terms, “We don’t stock SUCH antichrist things”.

Fast forward 15 years later, change settings to inner city Sydney / Erskineville, It’s Sunday morning and we feel like eggs and bacon for breakfast. I go for a lazy stroll to a corner convenience store. It’s a private-owned store run by a Muslim family. These guys have absolutely everything which will sell in the suburb. But do they? No bacon in sight. I’ve been there like million times before and I’d bet they sell bacon. I mean, ALL Australian corner stores sell bacon. So I check again, then ask “Mate, have any bacon?”. “We don’t stock bacon. It’s against our religious beliefs”. I dropped my jaw and had this vivid condom-lady flash back. I went to another corner store and exactly same thing happened. Muslim owner – No bacon. So there I was, wandering around Erskineville, pissed off at religion and cursing my teachers who told me that in free market economy supply matches demand. Rubbish!

Economic books would tell you that it’s either insufficient demand or scarcity of shelf space, which make specific product category absent from the stock list. But hey, we’re talking bacon and condoms: cash cows, occupying tiny area of shelf space, sold at a price level / in a situation, where a transaction is least price sensitive.

Corporations, on the other hand, rarely, if ever, reject something for it’s religious burden . If a big business doesn’t sell something which sits in their strategic zone and is bound to bring fat profits, it’s usually due to various government regulations. My company for example doesn’t sell hotel rooms in Cuba. Not because there’s little demand for them (it’s huge actually), but because there’s US embargo on trade with Cuba and being a public company they don’t want to run a risk of negative PR and possible fines. If they could sell them, they would, but they can’t. So, it’s not by choice, it’s by force. I’d really like to see a corporation, which voluntarily, after a spontaneous decision of a CEO drops a category from their portfolio, not in the name of PR-driven social responsibility, but by a personal choice/conviction. (how about tobacco guys? It kills people!).

Coming back to my condoms and bacon situations, though inconvenient at a time, I actually think it’s quite romantic to encounter these isolated not-stocked-here-by-choice moments. It’s a symbol of opinionated individuals running their stores, not mutual fund / private equity shareholders running them on their behalf. Imagine a 7/11 hires this new category manager who comes up to his boss and says “Jack, I’ve just converted to Islam, so I removed bacon from the planogram, we’ll put something else there, ok?”. Now. Watch Jack…

Filed under: (in English), economy, private

Kilka slow na poczatek

Ten blog to dla mnie jeden wielki eksperyment. Obserwuje scene bloggingowa od jakiegos czasu, subskrybuje setki feedow, ktorych nota bene nie mam na ogol czasu czytac i zastanawiam sie do czego to wszystkiego zmierza. Jezeli kazdy bedzie pisal blogi, to albo pisze je dla siebie, albo wszyscy lepiej zwolnijmy sie z pracy, bo nie bedziemy mieli czasu przeczytac jednego % z tego co nas interesuje. Z tego wlasnie powodu, wstrzymywalem sie z zalozeniem wlasnego bloga od jakiegos juz czasu.

Dlaczego zmienilem jednak zdanie i postanowilem sprobowac?

  • Po pierwsze, jako osoba o profesji i zainteresowaniach siegajacych innowacjom w Internecie, czuje, ze musze poznac zagadniania mediow socjalnych, ze tak powiem, od kuchni.
  • Mieszkajac na drugim koncu swiata, pracujac od rana do wieczora, nie jest czasem latwo utrzymywac kontakt ze wszyskimi znajomymi. I mimo, ze broadcasting jaki tu uprawiam, nie przyczyni sie do zwiekszenia personalnych relacji z przyjaciolmi, wierze jednak, ze moje posty przybliza wam moja codziennosc i pozwola na latwiejsze sprawdzenie, co u mnie slychac.
  • Mam rowniez nadzieje, ze ten blog zmusi mnie do regularnego pisania na tematy, ktore mnie interesuja i ktorymi nie zawsze mam czas i ochote sie zajmowac. Troche taki bat, zeby wreszcie sie wziac za pewne sprawy.

Czyli tak na serio, pisze to wszytko troche dla siebie, troche dla innych i zobaczymy do czego to doprowadzi.

Zachecam Was do zalaczania komentarzy, opini, spostrzezen. Ta uwaga odnosi sie zarowno do przyjaciol, jak i do tych, ktorych nie znam osobiscie, ale dzielimy razem wspolne zainteresowania i pasje.

Odnosnie uzywania dwoch jezykow. Posty w jezyku polskim beda odnosily sie do moich prywatnych spraw i spostrzezen, natomiast inne rzeczy, takie jak zainteresowania, podroze, praca i pasje, opisywac bede po angielsku.

A, i jeszcze jedno. Omijanie polskich znakow diakrytycznych jest jak najbardziej celowe. Jako, ze niesamowicie spowalniaja one pisanie na klawiaturze, postanowilem je… zlekcewazyc. (swoja droga, ktos powinien przeprowadzic badania i sprawdzic nareszcie ile kosztuja one polska gospodarke. Jakby przemnozyc mikrosekundy ktore pochlania nieustanne wciskanie ALT i raz na kilka slow jeszcze backspace, bo zawsze cos zle wcisniesz, przez ilosc wyrazow, zdan, dni w roku, to polska gospodarka automatycznie awansowalaby na tygrysa Europy ☺). Osobiscie jestem za usunieciem polowy regul gramatyki i raz na zawsze usuniecie z polskiego alfabetu znakow diakrytycznych. Aha, … i zeby jeszcze Kaczynscy odeszli z polityki. Ale tym zajme sie pozniej.

Filed under: (in English), (in Polish), private

Pages

 

December 2009
M T W T F S S
« Nov    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

My Delicious links

RSS feed


Twits